Dyskomfort…

z Brak komentarzy

Miałem ostatnio dość intensywny. weekend. Intensywny głównie za sprawą zlecenia szkoleniowego, które przyszło mi realizować. Było to szkolenie z zakresu komunikacji i rozwiązywania konfliktów dla jednej ze śląskich organizacji. Całość zajęć odbywała się w malowniczej okolicy jury krakowsko -częstochowskiej. Częścią tego szkolenia były zajęcia w terenie. Nie trudno się domyśleć że chodziło tutaj o wspinanie się po skałkach, zjazdy i wiele innych aktrakcji.

Tyrolka

Wraz z koleżanką. z która prowadziliśmy szkolenie zostaliśmy zaproszeni na zajęcia w terenie w roli obserwatorów. Taka generalnie bezpieczna rola, można komentować, pośmiać się, coś zaobserwować do czego później można wrócić na sali szkoleniowej. Jednak okazało się oprócz obserwacji otrzymaliśmy propozycje wzięcia udziału w „atrakcjach” przygotowanych dla całej grupy.  Moja koleżanka już wcześniej miała okazję próbować sił na skałkach, dla mnie to był absolutny debiut. Podjąłem więc wyzwanie. Z kilkoma uczestnikami wyszliśmy powoli na skałę ok 30 m. Z niej rozciągał się przepiękny widok. Można było zrobić głęboki wdech i po prostu pobyć. No ale cóż trzeba było ubrać uprząż i ustawić się w kolejce do zjazdu. Zjazd ok 100 m. tak się złożyło że zamykałem tę grupę, więc miałem chwile na przemyślenia. Przyznam że za każdym razem kiedy patrzyłem w dół zaczynałem mieć coraz więcej wątpliwości. „Podejdź, przypnij się, musisz się wybić i skoczyć by nie uderzyć w skałę, resztę załatwi grawitacja” – takie słowa brzmiały jak nie lada wyzwanie z ust prowadzących tę cześć zajęć. Raz, dwa trzy i…. skoczyłem przez chwile bardzo dziwne uczucie, jakaś mieszanka leku, odwagi, niepewności. Momentami jednak bardzo nieprzyjemne i dyskomfortowe uczucie. Po jakiś 20-30 m wszytko ustąpiło i pojawiła się pewność że to się uda, że przeżyje a po chwili radość i zadowolenie. Na dole, po zakończeniu zjazdu duże poczucie satysfakcji i dumy że to zrobiłem pomimo….  pomimo tego wszystkiego co czułem tam na górze.

Zjazd

Drugim nie lada przeżyciem był zjazd 30 m w dół pionowo ze skały. To także robiłem po raz pierwszy w życiu. Sprawdzenie zabezpieczeń, krótki instruktarz i zaproszenie do zjazdu. Na szczęście wcześniej mieliśmy małą próbę na mniejszej skałce. Tym niemniej wrażenie ogromne, kiedy stoisz powyżej wysokości koron drzew i wiesz że za chwile się zaczniesz spuszczać. Od Ciebie zależny, prędkość, kontakt ze skałą, pozycja itd. Kiedy patrzyłem z góry w dół znów pojawił się ten dyskomfort, „może jednak nie” – szeptało coś w w mojej głowie. Kiedy jednak odwróciłem głowę od przepaści wszystko się uspokajało. Zrobiłem pierwszy krok, zacząłem powoli luzować linę, ostrożnie stawić stopy na skale, cm po cm a potem kolejny. „Uwaga” – krzyknął ktoś z dołu kiedy jedna z moich nóg osunęła się po skale. Jednak nie spanikowałem tylko jeszcze raz dokładnie postawiłem stopę. I dalej powoli w dół. Ostatnie metry już tylko się spuszczałem. Kiedy stopy stanęły na ziemi….  jakbym nie mógł uwierzyć że to zrobiłem.  Ależ byłem dumny z siebie, że się nie wycofałem.

Dyskomfort

Często kiedy przekraczam jakąś swoja granicę „on” się pojawia. Wiele razy to właśnie „on” sprawił że czegoś nie zrobiłem. Tym razem było jednak inaczej. Uczę się akceptować to uczucie, po to by nie panowało nade mną. Powoli oswajam go i mówię sobie: „o to znowu ty, znam cię, chodź zrobimy to razem….”

Obserwuj Tomasz Janik:

Ostatnie wpisy od

Zostaw komentarz